Zjednoczone Stany Kraśki

O teksańskim rodeo, relacjonowaniu skutków huraganu Katrina i tym, co świat amerykańskich miliarderów sądzi o Donaldzie Trumpie opowiedział mi Piotr Kraśko.

Piotr Kraśko – prowadzący „Dzień Dobry TVN”, „Faktów z zagranicy” oraz „Poranka Radia TOK FM”. W latach 2005-2008 pracował jako korespondent Telewizji Polskiej w Waszyngtonie.

 

ULUBIONE MIEJSCE W AMERYCE: 
– Nowy Jork i Alaska;
ULUBIONY FILM/SERIAL O AMERYCE:
– The West Wing;
ULUBIONE JEDZENIE W AMERYCE:
– Five Guys w Georgetown;
ULUBIONE AMERYKAŃSKIE SŁOWO:
– „Keep me in the loop“ – nauczyłem się go z serialu „24“. Ten zwrot zawsze powtarzał bohater Jack Bauer, gdy chciał być o czymś informowany na bieżąco;
W AMERYKANACH NAJBARDZIEJ LUBIĘ:
– Optymizm;
W AMERYKANACH NAJBARDZIEJ MNIE DRAŻNI:
– Nic mnie nie drażni;
MÓJ SPEŁNIONY „AMERICAN DREAM”:
– Mogłem oglądać z bliska start promu kosmicznego;

 

Powiedziałeś tuż przed wyborami, że Ameryka w tak niebezpiecznej sytuacji nie była od czasów Lincolna. Boisz się Trumpa i jego prezydentury?

Nie, bo jestem niepoprawnym optymistą. A poza tym, czas na rozpaczanie, przestrzeganie i czarnowidztwo był do dnia wyborów. Teraz Trump jest prezydentem i będzie nim przez 4 lata. Nie ma więc sensu narzekać. Zamiast tego – trzeba dobrze się zastanowić, co możemy zrobić. Nadzieją jest w pewien sposób psychopatyczna natura Trumpa, który chce wygrywać. A jeżeli on chce wygrać swoje miejsce w historii, to musi postępować tak jak ludzie, których widzi na portretach dookoła siebie w Białym Domu.

Jaką pozycję miał Donald Trump w 2005 roku, kiedy przyjechałeś do Waszyngtonu jako korespondent?

debataStała już wtedy Trump Tower, a Trump był właścicielem kasyn. Na pewno nie traktowano go jednak bardzo poważnie – w najlepszym wypadku był celebrytą świata amerykańskiego biznesu. Już wtedy pisał swoje książki motywacyjne o tym, jak się podnieść po porażce i jak odnieść sukces, ale (w przeciwieństwie do choćby Warrrena Buffeta) nie słuchano go jako wyroczni. Znany był głównie z powodu bardzo dziwnej grzywki, rozwodu z Ivaną Trump i sporu z Rosie O’Donnell, czyli postacią z amerykańskich talk-shows. Potwornie sobie nawzajem dokuczali. On jej wypominał, że za dużo waży, a ona się śmiała z jego fryzury. Ale to była dyskusja na poziomie jarmarcznym, w absolutnie złym stylu.

Środowisko miliarderów się go wypierało?

W jakimś sensie on jest częścią establishmentu. Przecież rodzina Clintonów była najważniejszym gościem na jego ślubie w 2005 roku. Z drugiej strony – Trump to ktoś o bardzo niestosownym dla większości Amerykanów stylu. Pewnie, że wielu z nich uwielbia styl Las Vegas, cekiny i żyrandole z kryształami. Świat amerykańskiej arystokracji jest jednak mało krzykliwy. Tam facet w białym T-shircie na stacji benzynowej parkujący starego jeepa wranglera może mieć 20 milionów na koncie lub okazać się właścicielem Microsoftu. Nigdy nie wiadomo. Dlatego bogactwo w stylu Trumpa nie jest bliskie amerykańskim elitom. Przynajmniej nie tym nowojorskim. Myślę, że Trump musiał mieć lekkie poczucie odrzucenia wobec naprawdę starych amerykańskich rodów typu Vanderbilt czy Rockefeller. I być może stawał się przez to jeszcze bardziej krzykliwy, chcąc pokazać, że się tym nie będzie przejmował.

W momencie, gdy Ty zaczynałeś karierę jako korespondent w Waszyngtonie, najważniejszy okazał się nie Trump, lecz Katrina.

To była pierwsza rzecz, jaką relacjonowałem. W Nowym Orleanie spędziłem prawie miesiąc śpiąc w samochodzie na środku skrzyżowania. To było nieprawdopodobne doświadczenie. Widok miasta był jak z filmów Mad Maxa. Świat po zagładzie atmowej. W półmilionowym mieście było wtedy może 5 tysięcy ludzi. Gwardia narodowa toczyła regularne bitwy z gangsterami, którzy najpierw obrabowywali sklepy z bronią, waszyngton1a potem wszystko inne. Na bardzo długiej trasie wszystkie sklepy były obrabowane. Nie większość. Wszystkie. Zaczynało się od kradzieży jakichś suszarek, potem ludzie kradli lodówki, telewizory plazmowe. I najpierw ktoś kradł w sklepie, a chwilę później to jego okradano na ulicy. Na Canal Street czy Bourbon Street woda sięgała może 3-5 centymetrów, ale na położonych niżej terenach – woda cały czas stała. A w niej – pływające trupy. Albo ciała przywiązane za nogę do słupa, żeby nie odpłynęły za daleko. Absolutnie przerażające.

Na drugim biegunie Twoich amerykańskich doświadczeń jest Alaska. Dlaczego ten stan tak bardzo zapadł Ci w serce?

Po pierwsze – rozmiar tego stanu, który jest 6 razy większy od Polski, a zamieszkuje go pół miliona ludzi. Nieprawdopodobne krajobrazy. Pustkowia. Surowość tego stanu i przekonanie, że w większości tych miejsc nigdy stopa ludzka nie stanęła. Że na świecie, w którym myślimy o locie na Marsa, są wciąż miejsca właściwie niezbadane. I oczywiście – nieprawdopodobnie otwarci ludzie. Gdyby w Nowym Jorku ktoś zostawił na ulicy samochód z kluczykami w środku i włączonym silnikiem, auto długo by tak nie postało. A na Alasce, przed shopping mallem stoi 200 samochodów, w każdym jest kluczyk, każdy ma włączony silnik i każdy jest otwarty. I nikt tego samochodu nie ukradnie.

Przygotowywałeś na Alasce reportaż o edukacji.

W zasadzie o homeschoolingu. U ludzi, których odwiedziliśmy, odległość z domu do szkoły wynosiła 50 km. Ale to nie dystans był głównym powodem tego, że dzieci uczyły się w domu. To byli ludzie bardzo religijni, którzy uważali, że nawet na tej niezykle bezpiecznej Alasce dzieci mogą spotkać w szkole złych ludzi, więc chcieli ich przed tym ochronić. Co moim zdaniem było lekką przesadą.

A do Teksasu ruszyłeś śladami George’a W. Busha, który był wtedy prezydentem?

Tak. Po raz pierwszy byłem w Crawford w czasie kampanii, kiedy Bush walczył o reelekcję. Wtedy nauczyłem się amerykańskich odległości. Pracowaliśmy w Crawford, ale każdego dnia musieliśmy dojeżdżać 200 kilometrów – z Austin – bo tam był najbliższy hotel. Amerykanie też tak dojeżdżali i uważali, że to ok, bo mogłoby być gorzej. Nieprawdopodobne wrażenie zrobiło też dla mnie wiejskie rodeo w Teksasie. Widzowie parkują swoimi pick-upami tyłem w stronę areny, siadają na naczepach, ustawiają tam stolik i krzesełka, na dole mają rozstawiony grill, sześdziesięciopak piwa, żeby starczyło na cały dzień i sobie rodzinnie oglądają. W przefajnej i przemiłej atmosferze. Rodeo zaczyna od tego, że mały chłopiec z ogromną amerykańską flagą galopuje dookoła, odśpiewując hymn. A potem – taką piosenkę ulubioną w Teksasie. Z refrenem: „Nie wiem jaka jest różnica między Irakiem a Iranem, ale bardzo kocham mój kraj“. To świetnie oddaje sposób myślenia mieszkańców Teksasu.

I George’a Busha.

I George’a Busha oczywiście.

Powiedziałeś mi kiedyś, że najbardziej wzruszającym momentem Twojego pobytu w Stanach był udział w pogrzebie Rosy Parks – bohaterki Afroamerykanów, która w 1955 roku urządziła tzw. bojkot autobusowy.

W gruncie rzeczy, historia Stanów jest bardzo krótka. Jak my mówimy: Mieszko, Chrobry, Jagiełło, to myślimy o obszarze prawie tysiąca albo 600 lat. W Stanach: Waszyngton, Lincoln – to było prawie wczoraj. Pamiętam, jak dawno temu, uczyłem się historii Stanów Zjednoczonych i jakoś tę Rosę Parks zapamiętałem. Zwłaszcza, że sam protest był łatwy do wyobrażenia sobie. Siedzi czarnoskóra obywatelka Stanów Zjednoczonych w autobusie, biały mówi: „Proszę się stąd zabierać, bo to jest moje miejsce“, a ona mu nie ustępuje, za co trafia do więzienia. No i tak zaczął się wielki protest, Martin Luther King ją wspierał, a ona była jednym z takich symboli jak u nas Henryka Krzywonos. Ale jak ja o tym czytałem dawno temu w Polsce, to mi się wydawało zamierzchłą przeszłością. Po czym nagle usłyszałem, że umarła Rosa Parks. A to znaczy, że jeszcze wczoraj żyła. Pojechaliśmy więc na ten pogrzeb, a wcześniej – do muzeum, w którym można zobaczyć autobus, którym jechała. Pogrzeb trwał chyba 6 godzin, sam Bill Clinton przemawiał z godzinę. Ale atmosfera była fantastyczna. To było dla mnie niesamowite uczucie dotknięcia historii.

Myślałeś kiedyś o tym, że mógłbyś żyć w Stanach?

Uważam, że Stany Zjednoczone są najcudowniejszym krajem świata, pod warunkiem że masz dużo pieniędzy. Gdy jednak ma się mniejsze zarobki – Europa jest dużo lepsza. A po drugie – niektóre zawody są po prostu nieprzekładalne na inne kraje. W tym – zawód dziennikarza. Można się nauczyć historii amerykańskiej czy polityki amerykańskiej. Ale nie da się pojąć wszystkich skojarzeń, jakie Amerykanie będą mieli w głowie. Któregoś dnia oglądałem amerykańską telewizję i usłyszałem: „Jak powiedział Yogi Berra: it ain’t over ’til it’s over“. Zacząłem się zastanawiać, czemu powiedzieli „Yogi Berra“, zamiast „Yogie Bear“. Okazało się, że Yogi Berra to był legendarny gracz w baseball w New York Yankees, który mówił zawsze straszne głupoty. debata2Ale był świetnym graczem, pobił wszystkie możliwe rekordy ligi baseballowej i na jego cześć nazwano Misia Jogi. W takiej sytuacji wyobrażasz sobie, że jesteś dziennikarzem, rozmawiasz z kimś, ten ktoś mówi „Yogi Berra“, a ty nie masz bladego pojęcia, o co mu chodzi. Moim zdaniem, polski dziennikarz nie byłby w stanie zrobić kariery w amerykańskich mediach. Poza tym, kocham Polskę. I bez względu na to, jak bardzo mnie fascynuje Ameryka, to nie jest mój prezydent, nie mój kongres i nie mój Biały Dom.

Powiązane posty

Dodaj komentarz