Wielka Ameryka

Przykłady na to, że Ameryka we wszystkim lubi być pierwsza, można znaleźć bez problemu. Trudniej wymyślić, z czego nie jest dumna.

Ciekawa jestem, czy na świecie istnieje chociaż jedna osoba, która w ciągu ostatniego miesiąca nie słyszała hasła „America First”. Slogan wykorzystany przez Donalda Trumpa podczas mowy inauguracyjnej zrobił furorę na całym świecie, a każdy kraj poczuł się w obowiązku stworzyć zabawny filmik, o tym, że – w związku z zaistniałą sytuacją – pragnie być „second”.

Tymczasem, okazuje się, że pierwszeństwo Ameryki niekoniecznie musi być brane za pewnik. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu U.S. News and World Report opublikował swoje najnowsze zestawienie „Best Countries”, z którego jednoznacznie wynika, że w zestawieniu ze światem, Ameryka nie jest „first”, lecz dopiero „seventh”. Podczas tworzenia rankingu brano pod uwagę m.in. to, czy kraj jest przyjazny dla obywateli, wpływowy, atrakcyjny dla biznesu lub czy dba o swoje dziedzictwo kulturowe. W efekcie – Stany Zjednoczone wyprzedziła Szwajcaria, ale też Kanada, Wielka Brytania, Niemcy, Japonia i Szwecja.

A piszę o tym nie bez powodu, bo gdyby przyjrzeć się innym zestawieniom poświęconym „najlepszym” i największym”, wychodzi na to, że prawie nigdzie Ameryce nie udaje się zdobyć palmy pierwszeństwa. Oczywiście – najbogatszy człowiek świata to Amerykanin – Bill Gates. Najlepszy uniwersytet świata to Harvard. Najwięcej medali na letnich igrzyskach olimpijskich trafia do sportowców w USA. Ale na tym w zasadzie koniec.

genomTaka już jednak mentalność Amerykanów – i to jedna z cech, którą bardzo u nich lubię – że w ogóle się tymi zestawieniami nie przejmują. Bo w ich mniemaniu i tak są po prostu „the best”. Co lubią podkreślać na każdym kroku. Podróżując po Stanach Zjednoczonych, za każdym razem rozczula mnie, gdy w nawet najmniejszej miejscowości znajdzie się atrakcję, promowaną przez lokalsów jako największą lub najlepszą na świecie. Moim ulubionym przykładem w tej dziedzinie jest mieścina Huntsville w Alabamie. Gdy odwiedziłam ją 3 lata temu, pierwszym, co usłyszałam było: „Musisz koniecznie  odwiedzić nasz… największy na świecie park w kształcie ludzkiego genomu!”. Cóż, daję głowę, że był nie tyle największy, co po prostu – jedyny. Ale faktem jest, że nie wypadało nie skorzystać!

Inna sprawa, że może to świadome kreowanie wizerunku, bo rzeczywiście – Ameryka chyba większości świata kojarzy się ze wszystkim, co wielkie. A to niekoniecznie dobrze. Nie ma chyba Amerykanina, który choć raz nie usłyszałby z ust jakiegoś Europejczyka, że jego nacja to „grubasy”. Albo że z jednej porcji amerykańskiego jedzenia można by wyżywić małe miasteczko.

lemoniadaI w dużej mierze to po prostu prawda. Kiedyś w waszyngtońskiej restauracji niefrasobliwie zamówiłam żeberka. A na talerzu otrzymałam nie żeberka, lecz żebra. Gigantyczne żebra. Prawdopodobnie – dinozaura. Innym razem, w Montgomery w Alabamie, poprosiłam o lemoniadę na wynos. Jaki rozmiar? Zwyczajny – medium. W praktyce – to medium okazało się ogromnym wiadrem słodkiej lemoniady. Tak ogromnym, że nie byłam w stanie utrzymać go w jednym ręku.

Co jeszcze jest w Stanach wielkie? Choćby odległości. W większości amerykańskich miast komunikacja miejska praktycznie nie istnieje. Nie mając samochodu, a chcąc trochę pozwiedzać, trzeba się przygotować na solidne maszerowanie. Do tego – dobrze opracowane taktycznie, bo wielkie są również drogi – marszrutę trzeba więc zaplanować tak, żeby przypadkiem nie prowadziła poboczem autostrady, tylko drogami z chodnikiem.

Tak naprawdę jednak…. ani trochę mi to nie przeszkadza. Taki już urok wielkiej Ameryki i koniec. Tym bardziej, że wystarczy zaledwie odrobina dobrej woli, by z amerykańskiego „supersize” zrobić walor. Zamiast narzekać na to, że jedzenie w amerykańskich restauracjach jest drogie (bo jest), niezjedzony lunch zabieram na wynos i podgrzewam na kolację. Z kolei wielokilometrowe spacery to dla mnie sama radość. Tym bardziej, że na co dzień, pół życia spędzam za biurkiem.

lucky sizeAmerykanie zresztą mają swoje własne sposoby na oswajanie wszystkiego, co za duże. Nawet w sklepach obuwniczych, największe rozmiary butów określane są mianem „lucky size”. I od razu jakoś mniej wstyd szukać szpilek w rozmiarze 9 i pół (polskie: 41).

Czy w kontekście tej manii wielkości, Amerykanie mogą mieć w ogóle jakiekolwiek kompleksy? Większość powie Wam, że nie. W końcu są „the best”. Inni – przyznają, że jedyne, czego się wstydzą, to tego, że nie wygrali wojny w Wietnamie. I że teraz nie potrafią skutecznie uspokoić sytuacji na Bliskim Wschodzie. Ja jednak mam wrażenie, że skrywanym kompleksem Amerykanów jest brak historii sięgającej wielu wieków wstecz. To dlatego, jeżdżąc po Stanach można natrafić na mające 150 lat ryneczki nazywane szumnie „antycznymi”. To dlatego Amerykanie, zabierając cię na wycieczkę do jakiegoś zabytkowego budynku, asekurują się twierdzeniem: „Tak, tak, wiem, że to dla was – Europejczyków nic takiego”. To dlatego wreszcie tak wielu Amerykanów możecie spotkać podczas zwiedzania włoskiego Koloseum, greckiego Akropolu czy historycznych dzielnic Paryża. Sami zainteresowani nigdy się jednak do tego kompleksu nie przyznają. Bo amerykańska duma też oczywiście jest największa. I myślę, że tego możemy się od nich uczyć.

Powiązane posty

One thought on “Wielka Ameryka

  1. Borden

    Dopisalbym kompleks pochodzenia, wielu bardzo bogatych Amerykanów mających piękne post kolonialne domy, pianina, dzieła sztuki chciałoby mieć pochodzenie arystokratyczne. Dlatego wśród przodków szukają korzeni, żeby powiesić portret przodka założyć sygnet tak jak robią to arystokraci z Europy

Dodaj komentarz