„Vice”: USA dla opornych

„Vice” to nie jest tylko film o byłym wiceprezydencie Dicku Cheneyu, ale też zdecydowanie bardzo niekonwencjonalna lekcja na temat amerykańskiej polityki.

Ten wpis miał powstać już prawie dwa tygodnie temu, ale po prostu nie wypadało. Jeszcze 11 stycznia, czyli w dniu, gdy „Vice” wszedł na ekrany, chichotałam w kinie słysząc kwestię, że „jedynym zadaniem wiceprezydenta jest czekanie, aż prezydent umrze”. Już dzień później (czyli zaraz po tym, co wydarzyło się w Gdańsku), tekst ten wydawał mi się wyłącznie makabryczny. A ja stwierdziłam, że z pisaniem o prezydentach (nawet jeśli chodzi o prezydentów USA) taktowniej jest odczekać. I chyba dobrze – również dlatego, że „Vice” – choć to komedia – jest filmem, który przez kolejne dni dobrze „ułożyć” sobie w głowie.

Co się natomiast tyczy gorzkich słów na temat funkcji amerykańskiego wiceprezydenta… Cóż – jeśli by posłuchać tego, co mówili piastujący to stanowisko Amerykanie, trudno nie odnieść wrażenia, że to jedna z najbardziej niewdzięcznych profesji świata.

Wiceprezydent Spiro Agnew, urzędujący za czasów prezydenta Nixona stwierdził: „To cholernie dziwaczna sytuacja: brać we wszystkim udział, mieć autorytet i stanowisko, a jednocześnie – żadnej realnej władzy. To najtrudniejsze, do czego mężczyzna musi się przystosować”.

Harry Truman, w czasach, gdy pełnił rolę zastępcy Franklina Delano Roosevelta uznał, że „wiceprezydenci są tak pożyteczni, jak piąte wymię u krowy”. Z kolei John Nance Garner, który również zastępował F.D. Roosevelta (z tym że wcześniej, niż Truman) po latach wyznał, że przyjęcie tej funkcji było największym błędem w jego karierze, bo „wiceprezydentura nie jest warta nawet wiadra ciepłych sików”.

I tu przechodzimy płynnie do filmu „Vice”, który poświęcony jest w całości Dickowi Cheneyowi właśnie dlatego, że to być może jedyny w historii USA wiceprezydent, który uparł się, żeby na swojej nic nie znaczącej roli coś ugrać. W końcu jednym z najmocniejszych i najbardziej zabawnych momentów filmu jest ten, w którym (doskonale zagrany przez Christiana Bale’a) Dick Cheney mówi do Georga W. Busha: „Wiceprezydent to taka symboliczna fucha… No chyba, że zawarlibyśmy inne porozumienie i zająłbym się bardziej przyziemnymi sprawami: biurokracją, wojskiem, energią i polityką zagraniczną”, a Bush zagryzając udko z kurczaka odpowiada tylko „Ok!”.

Cheney swoje stanowisko wiceprezydenta piastował od 2001 do 2009 roku. To z pewnością jeden z najciekawszych, a już na pewno najbardziej gorących momentów amerykańskiej polityki, głównie za sprawą ataków terrorystycznych na World Trade Center oraz rozpoczęcia wojen w Afganistanie i Iraku. Z tym, że muszę szczerze przyznać, że sama w 2001 roku nie byłam jeszcze pasjonatką tematów amerykańskich. W 2001 roku byłam w trzeciej klasie liceum. Interesowałam się tym, co dzieje się na świecie. Śledziłam kolejne ruchy George’a Busha w walce z terroryzmem. Znałam nazwiska takie jak Condoleeza Rice, Donald Rumsfeld i Colin Powell. Znałam więc też nazwisko Dicka Cheneya. Jednak – z ręką na sercu – meandry jego życiorysu i kariery politycznej pozostawały dla mnie całkiem nieznane.

I być może właśnie dlatego tak dużą radość sprawiło mi oglądanie „Vice”. Spodobało mi się to, że jego twórcy poszli pod prąd – biorąc pod lupę nie amerykańskiego prezydenta, lecz osobę, która (przynajmniej w teorii) pozostawała w jej cieniu.

Podoba mi się jednak również  formuła nieco wariackiej politycznej komedii, podobnej stylem do poprzedniego filmu Adama McKaya „Big Short”. Swoją drogą – prawdopodobnie tylko taka konwencja pozwoliła twórcom „Vice” bezkarnie drwić z Dicka Cheneya i nazywać go wprost człowiekiem bez charakteru i jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego, podejmującego wszystkie polityczne decyzje wyłącznie według tego, co pozwoli mu unosić się coraz wyżej na fali kariery. Zupełnie jak w scenie, w której Cheney pyta Donalda Rumsfelda: „A w co my w zasadzie wierzymy?”.

Najbardziej jednak w „Vice” doceniam to, że jest swojego rodzaju lekcją amerykańskiej polityki w wariancie „dla opornych”. Film pokazuje ścieżkę zawodową Dicka Cheneya – od rozpitego łobuza z Nebraski po wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, ale w tle tej ścieżki widzimy historię współczesnej Ameryki. Widzimy i aferę Watergate za czasów Richarda Nixona, i rządy Geralda Forda (w którego administracji Cheney pełnił funkcję szefa personelu Białego Domu), i zaskoczenie republikanów, gdy okazuje się, że w 1976 roku Ford przegrywa wyścig wyborczy z Jimmym Carterem. Jest sylwetka George’a Busha seniora i opowieść o młodych, „niegrzecznych” latach jego syna. Są dylematy republikańskiego polityka, którego córka oświadcza, że jest lesbijką. Są kulisy kampanii starającego się o wybór do Kongresu Cheneya. W tym jedna z moich ulubionych scen, w której żona Cheneya – Lynne stara się przekonać do siebie kowbojów z amerykańskiego midwestu wykrzykując do nich ze sceny: „Słyszeliście o tym, że na wschodnim wybrzeżu feministki palą staniki? A wiecie co ja robię ze stanikami? Ja je noszę!”. I jest wreszcie zaplecze pierwszych lat USA w walce z terroryzmem. A nawet delikatna sugestia, że działania Dicka Cheneya w prostej linii poprowadziły do kryzysu uchodźczego w Europie – choć to akurat moim zdaniem już zbyt duże uproszczenie.

Tak czy inaczej, na „Vice” z pewnością warto wybrać się do kina, bo to jedna z tych produkcji, które jednocześnie bawią i poszerzają horyzonty. A jeśli interesujecie się amerykańską polityką, to już z pewnością nie powinniście tego filmu przegapić. Jeśli byliście już w kinie na „Vice”, napiszcie swoją opinię w komentarzach!

Vice

Powiązane posty

Dodaj komentarz