Jak spotkać Mela Gibsona?

Ameryka tworzy gwiazdy i pozwala je spotykać. Jeśli chcesz spotkać swoich  idoli – zrób to w USA! Sprawdź, jak to zrobić!  

Może to infantylne, ale podejście do filmów mam (w pewnym stopniu) podobne do tego, jakie inżynier Mamoń miał do piosenek. Jemu podobały się melodie, które raz już słyszał, ja lubię oglądać na ekranie miejsca, które już widziałam. Mam nawet na to swoją nazwę – efekt „byłam tu”. Chyba nie jestem w tym odosobniona – inaczej nie powstałyby przecież wszelkiej maści przewodniki po Ameryce śladami największych hollywoodzkich produkcji.

A jeśli lubimy odwiedzać słynne miejsca, to trudno się dziwić, że czasami chcielibyśmy w Stanach spotkać słynnych ludzi. Aktora, który w tych filmach gra. Albo muzyka, którego biografia jest wiernym odwzorowaniem mitu o amerykańskim śnie. Tym bardziej, że każdy napotkany przez nas Amerykanin chętnie dopompuje taki balonik opowiadając, którą gwiazdę spotkał na basenie, którą w centrum handlowym, a którą na spacerze z psem.

Beverly Hills Hotel

Rad, jak spotkać znanych i lubianych, znajdziecie w sieci miliony. Większość z nich możecie jednak schować między bajki.

Jedni powiedzą, żebyście skorzystali z wycieczki autobusowej po Beverly Hills szlakiem domów gwiazd. Tyle tylko, że większość gwiazd dawno już w tych rezydencjach ani nie mieszka, ani nie pamięta, że kiedykolwiek mieszkała. A nawet jeśli mieszka, to otoczyła sobie domostwo murem i zamiast domów obejrzycie żywopłoty.

Za płotem

Inni poradzą odwiedzenie miejsc takich jak Garden District w Nowym Orleanie, Star Island w Miami albo Aspen w Kolorado, bo tam też gwiazdy mieszkają. Owszem – jednak przy okazji mają po pięć kolejnych domów w innych zakątkach Stanów.

Aspen

Jeszcze inni wymyślą, żeby czatować na lotnisku w Los Angeles, pod jedną z modnych wśród celebrytów knajp albo na bulwarze Santa Monica. Czy jednak naprawdę ktokolwiek jest tak bardzo zmotywowany, by wyczekiwać w tych miejscach całe dnie? Nie mówiąc już o tym, że najbardziej znaną osobą, jaka sama spotkałam podczas licznych spacerów po Santa Monica Boulevard była nasza polska Weronika Rosati ;-). Inna sprawa, że nigdy jakoś szczególnie się za nikim nie rozglądałam.

Santa Monica Blvd

Jedynymi sensownymi (z punktu widzenia oszczędności naszego czasu/zachodu, ale też prawa gwiazd do prywatności) poradami wydają mi się więc te związane z miejscami, w których gwiazdy pojawiają się zawodowo. Strona onlocationvacations.com praktycznie każdego dnia uaktualnia informacje o tym, kiedy i gdzie dokładnie będą realizowane zdjęcia do kolejnych amerykańskich produkcji. Z kolei 1iota.com zbiera doniesienia związane z występami gwiazd w programach telewizyjnych i na pokazach filmów. Tam też można zaaplikować o bezpłatną wejściówkę na konkretne wydarzenie, takie jak choćby nagranie show Jimmy’ego Kimmela lub Jamesa Cordena albo programu „The Voice”. Oczywiście chętnych zawsze jest więcej, niż miejsc – szczęściarze wybierani są więc przez losowanie albo według tego, jak dobrze uargumentują swoje marzenie o udziale w show. Dobrym rozwiązaniem jest więc też po prostu pojawienie się z rana na Times Square, pod siedzibą stacji ABC. Macie wtedy szansę zobaczyć niekiedy słynnych gości opuszczających studio programu „Good Morning America”.
Tyle teorii. A praktyka? Praktyka i moje doświadczenie są takie, że amerykańskie gwiazdy po prostu się w Stanach “trafiają”. Sama z siebie nigdy ich nie szukałam, bo też nie miałam takiej potrzeby. Choć pewnie gdyby nagle się okazało że Meryl Streep jest w mieście, stałabym w bezruchu pod jej hotelem choćby przez miesiąc.

Meryl nigdy jeszcze na żywo nie widziałam, w 2009 roku zobaczyłam za to Mela Gibsona. I to zupełnie przypadkiem. Otóż, pojechałam na 5th Avenue w Nowym Jorku, żeby zobaczyć paradę z okazji Dnia Kolumba. Gdy już się naoglądałam, włączyłam swój ulubiony tryb: „szwędanie bez celu” i tak natknęłam się na niewielki tłumek stojący pod jednym z budynków. Nie zdążyłam nawet zapytać o to, co się dzieje, gdy z wieżowca wyszedł Mel Gibson.

Mel Gibson 1

Okazało się, że trafiłam właśnie na plan zdjęciowy filmu Jodie Foster „Podwójne życie”, czyli „The Beaver”. (Film obejrzałam dwa lata później i do dziś żałuję). I taka to była przygoda z Melem. Fajna, choć bez szału, bo jednak Gibson nigdy moim idolem nie był i w zasadzie to za nim nie przepadam.

Mel Gibson 2

 

O wiele lepiej wspominam dwa inne spotkania: wprawdzie nie z hollywoodzkimi gwiazdami, za to z osobami, które osobiście ogromnie cenię i wielbię. A to, że było mi dane je spotkać w Nowym Jorku uznaję za kolejny dowód na magię Ameryki. Nawet jeśli jedna z tych osób to Polak i to mieszkający na co dzień w Polsce 🙂.

Było to tak. Kilka dni przed „spotkaniem” z  Gibsonem, wybrałam się spontanicznie na New York University, gdzie organizowano panel dyskusyjny o twórczości Ryszarda Kapuścińskiego. Już samo słuchanie, jak o Kapuścińskim opowiadają Amerykanie było dla mnie – wówczas jeszcze dzierlatki dopiero odkrywającej Amerykę – doświadczeniem ekstatycznym. Potem jednak okazało się, że wśród gości NYU jest jeden z moich ulubionych reportażystów – Wojciech Jagielski. A jeszcze potem – i Jagielskiego, i mnie zaproszono na mały bankiet na Manhattanie organizowany przez Instytut Kultury Polskiej. Dzięki temu miałam okazję przez pół wieczoru rozmawiać z nim  (plus z Pawłem Smoleńskim, którego również bardzo lubię czytać) o reportażach, a dodatkowo wymieniać się opiniami na temat Nowego Jorku – bo zarówno Jagielski, jak i ja byliśmy wtedy w Stanach po raz pierwszy. Pamiątką z tego spotkania jest to (straszliwie nieostre ;)) zdjęcie:

Wojciech Jagielski

Drugie spotkanie z idolem dotyczyło już gwiazdy międzynarodowej. Też zdarzyło się w Nowym Jorku, jednak dwa lata później – 2011 roku. Wracając autostradą z Long Island na Queens zauważyłam bilboard z napisem “Queens College Reading Evenings”. Od razu założyłam, że to pewnie jakieś niszowe wieczorki poetyckie, na których debiutujący nowojorscy pisarze czytają swoje próbki. Taka hipsteriada w Nowym Jorku wchodzi jednak jak powietrze, zdecydowałam więc, że pojadę. By dotrzeć do Queens College przemierzyłam najdziwniejsze (i też prawdopodobnie najbardziej niebezpieczne) rewiry Nowego Jorku. Ale było warto i to jak cholera. Okazało się bowiem, że coś, co wzięłam za amatorski wieczorek młodocianych artystów w praktyce było spotkaniem z pisarką, którą wielbię od lat. Do Queens College przyjechała bowiem z Kanady sama Margaret Atwood. I to dopiero było spotkanie, a nie jakiś tam Gibson! 🙂

Margaret Atwood

I właśnie te wydarzenia pokazały mi, że w Ameryce spotkań z gwiazdami planować nie trzeba. Skoro to kraj spełniania marzeń i wielkich możliwości, to te marzenia same do nas przychodzą. Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż przyjdą.

Powiązane posty

Dodaj komentarz