Jak się obyć bez roamingu?

Chcesz wiedzieć, jak zawsze być w Stanach online, ale jednocześnie nie wydawać fortuny na roaming? Wszystkie moje sposoby znajdziesz w tym wpisie.

Sprawa jest prosta: na mało czym można w Stanach finansowo popłynąć tak bardzo, jak na roamingu. Jeśli się nie przygotujemy, to na używanie komórki i internetu wydamy fortunę. Ja sama, korzystając w USA z polskiej komórki, musiałabym płacić ponad 5 zł za minutę każdego połączenia wychodzącego, 3 zł za minutę przychodzącego, 1,50 za każdy wysłany SMS i (to chyba najbardziej bolesne!) ponad 30 zł za każdy wykorzystany megabajt danych.

Oczywiście, jednym z możliwych rozwiązań jest całkowite odcięcie się od cywilizacji. To jednak absolutnie niepraktyczne. Bo co, jeśli podczas amerykańskiego roadtripu pomylimy drogę do domu? Albo gdy obiecaliśmy bliskim w Polsce, że będziemy się regularnie meldować? Albo gdy – zamiast drogich taksówek – wolimy korzystać z usług „uberopodobnych”? Albo gdy nagle chcemy sprawdzić, która z knajp, które mijamy najlepiej nada się na kolację marzeń?

Bycie online zawsze się w Stanach przyda, ale roaming wcale nam nie jest potrzebny do szczęścia. Dziś więc parę moich tricków w tym temacie: jak podczas pobytu w USA mieć kontakt ze światem i nie wydać fortuny?

OPCJA 1: KUP AMERYKAŃSKĄ KARTĘ SIM

To rozwiązanie, z którego korzystam najczęściej, bo daje mi i swobodę, i bezpieczeństwo. Pre-paidową kartę sim do telefonu można kupić w każdym salonie dostawcy usług telekomunikacyjnych, najpopularniejsze w USA to T-Mobile, Verizon i AT&T. Ja – zazwyczaj przyjeżdżając do Stanów na około miesiąc – najczęściej kupuję jednak swoją kartę w salonie MetroPCS, bo w takim układzie wychodzi najtaniej. Za nieograniczoną liczbę rozmów lokalnych (czyli w obrębie USA) i nieograniczony transfer danych, płacę zawsze (razem z opłatą aktywacyjną) około 50-60 dolarów. Warto jednak pamiętać o tym, że pracownik salonu ZAWSZE próbuje wetknąć klientowi droższą ofertę. ZAWSZE! Dlatego, choć to kłopotliwe, za każdym razem trzeba w salonie odgrywać scenkę rodzajową pt. “Och, czy to naprawdę musi wychodzić tak drogo?! Naprawdę nie jestem przygotowana na taki wydatek!”. Wtedy sprzedawca ZAWSZE wyciąga z kapelusza dodatkową ofertę/promocję i wychodzimy z salonu z zaoszczędzonymi dolarami.

Co do innych firm telekomunikacyjnych – te są warte rozważenia przede wszystkim, gdy wyjeżdżamy do Stanów na krócej, niż miesiąc. Każda z wielkiej trójki ma przygotowany specjalny plan taryfowy dla turystów, którzy potrzebują dostępu do telefonu i internetu na tydzień, dwa lub trzy. Przykładowo – trzytygodniowy plan turystyczny T-Mobile kosztuje 30 dolarów, a w zamian daje nieograniczoną liczbę rozmów lokalnych i 2GB szybkiego internetu.

Kupując amerykańską kartę sim, dobrze jest zabrać ze sobą z Polski drugą komórkę, do której przełożymy na czas wyjazdu polski numer i dzięki temu, będziemy mogli na bieżąco otrzymywać wiadomości z kraju.

Nie warto przejmować się tym, że te pre-paidowe pakiety nie obejmują połączeń do Polski – mając internet w telefonie spokojnie możemy kontaktować się z bliskimi przez apki takie jak What’s App, Viber, Messenger czy Skype.

OPCJA 2: POCKET WI-FI

To dobre rozwiązanie dla osób, które podróżują w większej grupie. Kieszonkowe wi-fi to nic innego, jak tylko niewielkie urządzenie łączące w sobie przenośny router i powerbank. Jednocześnie może z niego korzystać do pięciu osób. Najpopularniejsze firmy, które oferują taką usługę to m.in. Skyroam, TEP Wireless lub Roaming Man. Urządzenie zamawia się online bezpośrednio ze strony firmy, a dalej – firma przesyła je pod wyznaczony przez nas adres w Stanach (lub jeszcze w Polsce).  Jeśli więc wybieramy tę opcję, musimy złożyć zamówienie z wyprzedzeniem, by przesyłka dotarła na czas. Wynajem pocket wi-fi  kosztuje około 10 dolarów za dzień. Trzeba jednak pamiętać o tym, że (o ile nie wykupimy dodatkowego ubezpieczenia) zgubienie lub uszkodzenie sprzętu może nas słono kosztować.

OPCJA 3: WYKUP PAKIET ROAMINGOWY

Tym, którzy zamierzają w Stanach korzystać z sieci w stopniu organiczonym, może wystarczyć wykupienie sobie zawczasu (jeszcze w Polsce) dodatkowego pakietu roamingowego. Wszyscy polscy operatorzy mają taką usługę w swojej ofercie. Jeden z takich pakietów za 50 zł oferuje 150MB transferu danych za granicą plus niższe ceny za rozmowy z Polską (1,50 za połączenia wychodzące, 1,50zł za przychodzące i 1,50 za smsy). Ten sam pakiet, tyle że z większym transferem danych (500MB) kosztuje 150 zł.

OPCJA 4: KORZYSTAJ Z OTWARTYCH SIECI WIFI

Paradoksalnie – w Ameryce zbyt wielu takich nie znajdziecie. W każdym razie: o wiele mniej, niż w Polsce. Szczególnie poza metropoliami. Darmowe, otwarte i nieźle działające wi-fi jest do Waszej dyspozycji w większych muzeach, bibliotekach, kapitolach stanowych, na dworcach i lotniskach. Słabsze – w większości firm autokarowych (typu MegaBus czy Greyhound) i pociągach. W Starbucksie – darmowy internet dostępny jest wyłącznie dla klientów. A z mojego doświadczenia – najpewniejszym i najlepiej działającym darmowym bezprzewodowym internetem jest w USA ten w McDonalds. I to z niego radziłabym Wam korzystać, jeśli będąc na mieście, będziecie potrzebowali sprawdzić coś w sieci. Tym bardziej, że czego jak czego, ale McDonalsdów w Ameryce pod dostatkiem :). I jeszcze mały trick, który pomoże Wam korzystać z aplikacji typu Google Maps, jeśli nie macie stałego dostępu do internetu. Pojawiacie się w miejscu z darmowym wi-fi, ustawiacie miejsce docelowe i opcję “rozpocznij”, a wtedy aplikacja prowadzi Was dalej bez konieczności dostępu do internetu. Online musimy być wyłącznie w momencie odpalenia trasy.

A na koniec – ważna rada o internecie, lotnisku i zamawianiu ubera!

PORADŹ SOBIE NA LOTNISKU BEZ ROAMINGU

Pół biedy, jeśli po przylocie do Stanów zamierzamy po prostu zamówić taksówkę, która zawiezie nas z lotniska do hotelu. Wtedy sieć do niczego nie jest nam potrzebna. Gorzej – jeśli zamierzamy skorzystać z tańszej opcji, typu Uber czy Lyft – te zamówimy już wyłącznie przez internet. I tu zaczynają się schody.

Jeśli – by zamówić Ubera – włączymy (choćby na moment) roaming danych, operator skasuje nas na takie pieniądze, że moglibyśmy za nie jeździć taksówką po Ameryce przez tydzień. A jeśli – korzystając z lotniskowego wi-fi – zamówimy Ubera stojąc jeszcze w hali przylotów, wtedy nie zdążymy dobiec na czas do punktu odbioru i kierowca będzie wydzwaniał na nasz polski numer. I znowu zapłacimy.

Stąd rada – zanim zamówicie ubera z lotniska, sprawdźcie koniecznie na uberowej stronie internetowej tej firmy, gdzie na danym lotnisku znajdują się punkty odbioru pasażerów. Podejdźcie jak najbliżej tego punktu, pozostając nadal w strefie lotniskowego wifi i dopiero wtedy zamawiajcie auto. Tylko tym sposobem nie przepłacicie. Wiem, brzmi trochę jak akrobatyka wyższa, ale się sprawdza :).

 

Powiązane posty

2 thoughts on “Jak się obyć bez roamingu?

  1. Sonia

    Ostatni trick mega przydatny, potwierdzam Raz przyleciałam na lotnisko Miami International za nic nie działo Wi-Fi , naszczescie miałam transport więc musiałam wysłać tylko SMS za 1,50 że jestem a z ubrem to naszczescie coraz więcej hoteli i lotnisk mają oznaczona strefę odbioru Ubera do której dosiega jeszcze hotelowe/lotniskowe Wi-Fi

    1. 50 Shades Of States - Dorota

      Ja z kolei pamiętam mój pierwszy przylot do Miami, kiedy jeszcze Uber nie istniał, a wifi dopiero stawało się popularne. Ze znajomymi, którzy mieli mnie odebrać z lotniska, szukaliśmy się chyba z godzinę. Nigdy nie zapomnę histerycznego szukania automatu telefonicznego, żeby tylko móc się z nimi jakoś skontaktować. Technologia i internet to jednak błogosławieństwo 🙂 Pozdrowienia!

Dodaj komentarz