Najbogatszy prezydent USA

Tak bogatego prezydenta jak Trump, Ameryka nie miała nigdy. A wszystko wskazuje na to, że po prezydenturze będzie jeszcze bogatszy.

Zanim Donald Trump zaczął się całemu światu kojarzyć z walką o Biały Dom, utożsamiany był przede wszystkim z bogactwem. Czyli wiadomo: prywatne jety, kąpiele w szampanie, pola golfowe, złote żyrandole i majątek wart… ile wart? To akurat pozostaje zagadką Sfinksa.

Ile by to jednak nie było, raczej na pewno Johnowi F. Kennedy’emu odbrane zostało właśnie miano najbogatszego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Cóż – tym lepiej dla Trumpa! Historia Ameryki pokazuje bowiem, że z powodu prezydentury można pójść z torbami.

Co prawda każdy prezydent USA otrzymuje na własne wydatki 50 tysięcy dolarów rocznie (czyli jakieś 16 tys. zł miesięcznie), ale nie jest tak, że szefując Ameryce, wszystko otrzymuje się za darmo. Prezydent i jego rodzina z własnego budżetu płacą za jedzenie dla siebie oraz za to serwowane podczas prywatnych przyjęć. Muszą też sami opłacić służbę, kelnerów i serwis sprzątający po takich imprezach. Do tego – oczywiście – po ich stronie są koszty ubrań, pralni, przyborów toaletowych i innych przyziemnych spraw. Niby nic, ale wiadomo – rodzinie prezydenckiej nie przystoi organizowanie imprez przy pizzy i piwku, a tym bardziej – kupowanie ubrań w Walmarcie. Przeciwnie – od Pierwszej Damy wymaga się wręcz, by z Białego Domu wyjechała z ciężarówką ciuchów od najlepszych (i najdroższych) światowych projektantów. Żona Abrahama Lincolna – Mary Todd – wzięła sobie to do serca tak bardzo, że pewnego dnia wróciła do domu z zakupów z 400 parami rękawiczek.

W ten sposób może się trochę tych kosztów nazbierać. Do tego stopnia, że Clintonowie, po prezydenturze Billa Biały Dom opuścili zadłużeni na… 4 miliony dolarów. Budżet podratowali dopiero po wydaniu własnych autobiografii. Jeszcze gorzej sytuacja wyglądała w latach 40., gdy prezydentem był Harry Truman. Ten – z domu biedny jak mysz kościelna, by dopiąć budżet, na co dzień, wraz z rodziną, żywił się resztkami z wydawanych przyjęć. A pod koniec miesiąca nie starczało mu nawet na paczkę papierosów.

O Trumpa możemy jednak być spokojni. Tym bardziej, że podczas sprawowania prezydentury wcale nie musi kończyć z biznesem! Oczywiście – etyka sugerowałaby, by na jakiś czas zawiesił biznesowanie. Ale etyka to jedno, a prawo drugie. A to amerykańskie niczego mu nie zabrania. Prawdopodobnie nadal będzie mógł nawet – zgodnie z wcześniejszymi planami – otworzyć własną telewizję. Eksperci prognozują więc, że Trump może się teraz stać amerykańską wersją Berlusconiego.

Prognozuje się też, że wszyscy goście nowego prezydenta – zupełnie przypadkiem – mogą być kwaterowani – w otwartym we wrześniu ubiegłego roku hotelu Trump International stworzonym w zabytkowym budynku dawnej waszyngtońskiej poczty… zaledwie kilka przecznic od Białego Domu!

Zastanawiacie się więc, czemu kwestii tego konfliktu interesów sztab Hillary Clinton ani razu nie wykorzystał podczas kampanii? Cóż, prawdopodobnie dlatego, że byłby to strzał w stopę. W końcu Trump wielu sympatyków zdobył właśnie dzięki temu, że – ich zdaniem – jest świetnym biznesmenem.

Powiązane posty

Dodaj komentarz