Martyna na krańcu Ameryki

Zastanawiałam się, czy dla osoby, która regularnie podróżuje na  egzotyczne krańce świata, podróż do Ameryki jest jak wycieczka do Kielc? Czy wspinaczkę na najwyższy szczyt USA – Denali – da się porównać do zdobywania himalajskich ośmiotysięczników?  I… czy jest sens kiedykolwiek jechać do Ohio? 😉  A potem już przestałam się nad tym wszystkim zastanawiać, tylko poprosiłam moją ulubioną podróżniczkę – Martynę Wojciechowską – żeby mi o tym opowiedziała!

Lubisz podróżować w pojedynkę?

Uwielbiam. To zupełnie inny rodzaj podróżowania. Przestawia moją percepcję na bardziej uważne patrzenie i doświadczanie. Daje większą przestrzeń do zawierania nowych znajomości. Może właśnie dlatego tak lubię lotniska, dworce i stacje benzynowe? To są takie miejsca, gdzie ludzie z przymusu muszą zostać chwilę dłużej, więc potrzebują nawiązania relacji, wygadania się, bycia z drugim człowiekiem. Rozmowy w drodze są niezwykłe, bo mówiąc coś człowiekowi, którego widzisz pierwszy i pewnie ostatni raz, masz świadomość, że ta historia do ciebie nie wróci. Możesz bezkarnie powierzyć komuś nawet największą tajemnicę i wiesz, że zaraz ten sekret poleci gdzieś w świat innym samolotem.

Dworce i lotniska od zawsze fascynowały mnie do tego stopnia, że w dzieciństwie chodziłam przesiadywać na Centralnym albo na dworcu Warszawa Zachodnia. Obserwowałam ludzi, słuchałam ich historii, wdawałam się w jakieś surrealistyczne rozmowy. Być może dlatego zostałam dziennikarką.

Odwiedziłaś dotąd ponad sto krajów świata. Gdybyś miała ułożyć je w ranking – ulubione kraje na górze, najmniej lubiane – na dole, gdzie w tym zestawieniu znalazłyby się Stany Zjednoczone?

Mam pokusę, żeby powiedzieć, że na samym dole, ale nie byłaby to prawda. Ten kraj to w zasadzie kontynent, inny świat. I zawiera w sobie wiele światów, czasem zupełnie do siebie nieprzystających. Stany Zjednoczone fascynują mnie jako niezwykły tygiel, miejsce ogromnych możliwości, wielkiego potencjału, szalenie zdolnych ludzi i umiejętności dawania im szans w społeczeństwie, w którym funkcjonują. Natomiast, tak zwyczajnie, nie czuję się tam dobrze.

Dlaczego?

Bo odnoszę wrażenie, że na amerykańskiej ulicy to zainteresowanie drugim człowiekiem, jest jednak bardzo powierzchowne. Takie „How are you?” nie niesie za sobą niczego głębszego, choć powtarzają to na każdym kroku. Ekscentrycznym doświadczeniem jest też dla mnie ich ekscytacja podczas zakupów. Gdy idę kupić buty, chcę sobie wszystko spokojnie obejrzeć, przejść się z prawa na lewo, z lewa na prawo, a tu zawsze ktoś od razu wykrzykuje: „Oh my god! It’s gorgeous, you have to buy it, honey!”.  W tym momencie mam ochotę poprosić o przestrzeń w stylu: „Please, give me my space!”. Ale jeszcze się na to nie odważyłam.

Martyna NYC

Źle też znoszę amerykańską gigantomanię. Począwszy od samochodów, silników tych samochodów, ulic, budowli. Wszystko jest gigantyczne i to mnie przytłacza, bo jestem zwierzęciem bardzo ceniącym sobie bliski kontakt z ludźmi i z naturą. Wierzę, że rzeczy powinny być adekwatne do potrzeb, a w USA jest dokładnie odwrotnie. Z wiekiem nabieram coraz większej pokory w stosunku do świata i coraz gorzej znoszę nadmiar i nadkonsumpcjonizm. I zastanawiam się, czy oprzytomniejemy zanim zużyjemy wszystkie zasoby i wykończymy naszą planetę. Dlatego jeśli miasto w Stanach Zjednoczonych, to San Francisco, które najbardziej przypomina mi miasta europejskie. Zieleń, klomby, uliczki, zakątki. I bliskość Napa Valey – terenów, które sprawiają, że w każdej chwili mogę z tego miasta uciec.

Na wino.

Na wino! Poza tym San Francisco jest tak położone, że śniadanie możesz jeść nad oceanem, a kolację na stoku narciarskim.

San Francisco, i tyle?

Jest jeszcze jedno szczególne miejsce, którego współrzędne geograficzne mam nawet wytatuowane na lewym ramieniu. Centrala National Geographic w Waszyngtonie, przy 16th Street. To miejsce symbolizuje punkt zwrotny w moim życiu. Właśnie tam w 2006 roku poczułam, że niemożliwe nie istnieje. Ja, dziewczyna z głową pełną marzeń, lat wtedy chyba 32, zostałam redaktor naczelną „National Geographic” i „National Geographic Traveler”, pism, które zawsze były i będą dla mnie ikonami. Gdy dostałam tę propozycję, najpierw zrobiłam coś bardzo nieamerykańskiego – odmówiłam. Stwierdziłam, że nie chcę tracić wolności, pracując dla gigantycznego wydawnictwa, że to nie jest właściwy czas, że może za 10-20 lat. Jednak gdzieś w głowie pojawiła mi się też myśl, że może nie jestem dość dobra na tym etapie mojej drogi zawodowej i potrzebuję więcej doświadczenia. Ten strach przed odpowiedzialnością w pierwszej chwili mnie przytłoczył. Zawsze jednak powtarzam, że bez strachu nie ma odwagi. Więc zdecydowałam się potraktować to jak kolejne wyzwanie i przyjąć propozycję. Poleciałam do Waszyngtonu, weszłam do zabytkowego budynku z 1888 roku i zdałam sobie sprawę, że w tym gmachu bywali najwięksi badacze i eksploratorzy minionego wieku. Zdałam sobie też sprawę, że od ponad 100 lat każdy wielki moment w eksploracji świata ma związek właśnie z „National Geographic”. Wtedy potraktowałam to jak życiową szansę. Znalazłam się we właściwym miejscu i we właściwym czasie.

Stałaś się częścią tej legendy.

Podczas pierwszego spotkania z moimi nowymi szefami ujawniła się zresztą bardzo ciekawa cecha Amerykanów. Wyobrażałam sobie ich niedowierzanie, gdy zobaczą najmłodszą wówczas, a może i „ever” naczelną. Tej rangi stanowiska przeznaczone są raczej dla osób dojrzałych stażem i wiekiem. Panowie w tweedowych marynarkach z łatami na łokciach, panie w eleganckich kostiumach. A tu nagle pojawiam się ja – młoda kobieta z backgroundem mocno telewizyjnym, w dżinsach i traperkach, nieprzystająca do tych wzorców. Byli zaskoczeni, ale jak to Amerykanie – nie dali tego po sobie poznać, byli bardzo „polite”. Merytorycznie przemaglowali mnie na każdą stronę, ale kulturalnie, z wielką klasą i dostałam szansę. Po kilku latach uznali, że sprawdziłam się w boju, że nawet warto się chwalić naczelną, która zdobyła Koronę Ziemi. Nawet w encyklopedii „125 lat historii National Geographic” jest moje zdjęcie i moje nazwisko. Na międzynarodowych konferencjach mówili o mnie: to nasz człowiek. W innych miejscach na świecie ma takiego podejścia. Chyba tylko w Stanach każdy może dostać szansę i każdy może stać się ich bohaterem, o ile na to zasłuży.

Martyna USA

Myślisz, że Amerykę można w jakikolwiek sposób nazwać krajem egzotycznym?

Tak. Tym bardziej, że ja nie podróżuję do miejsc, tylko do ludzi. Dla mnie miejsce to tylko scenografia, w której rozgrywają się różne historie i na tym się skupiam. Egzotyką jest więc dla mnie nieprawdopodobna różnorodność Amerykanów i wszystkich, którzy tam przyjeżdżają, żeby odnieść sukces. Cokolwiek on znaczy. W Nowym Jorku możesz co chwila mijać ludzi, nie mając świadomości, że przechodzisz właśnie obok wybitnego umysłu naukowego, fantastycznego artysty, znanego aktora, czy kogoś, kto po prostu wierzy, że najbardziej fascynującym zajęciem na świecie jest tresowanie kanarków. Panuje tam ogromny rozstrzał. I w tym względzie Stany to bardzo inne, egzotyczne miejsce, przynajmniej w największych skupiskach. Bo z kolei jak wyjeżdżasz na wieś, to się nagle okazuje, że to jest taki klasyczny zaścianek.

Przez dziesięć sezonów „Kobiety na krańcu świata”, w Stanach zrealizowałaś dwa odcinki. Jeden – na Florydzie – o dziewczynie z terenów byłej Jugosławii, która w Miami znalazła schronienie. Drugi – w Ohio – o kobiecie tuczonej przez feedersów. Mam wrażenie, że w tej sposób pokazałaś dwa oblicza Ameryki: taką, która pomaga i taką, która niszczy.

Maja Kazazic wyjechała do Stanów z terenu obecnej Bośni po tym, jak podczas wojny straciła nogę w wyniku wybuchu bomby. Miała wtedy 15 lat. Gdyby nie brawurowa akcja organizacji charytatywnej zmarłaby w lokalnym szpitalu na skutek zakażenia i powikłań – w szpitalu polowym nie było ani środków przeciwbólowych ani antybiotyków. Trafiła na leczenie do USA i, jak sama twierdzi, na Florydzie jest najlepszy klimat dla jej urazów, które do dziś powodują uciążliwe fizyczne dolegliwości. Najważniejsze jednak jest to, że prawdopodobnie nigdzie indziej na świecie nie uzyskałaby takiej pomocy i wsparcia. Nigdzie nie zostałaby tak serdecznie przyjęta, jak właśnie w Stanach.

KNKS Maia

I nigdzie indziej na świecie nie zrobiono by dla niej specjalnej protezy nogi.

To prawda. Pewnie nigdzie indziej nie zadaliby sobie tyle trudu, żeby stworzyć od zera coś zupełnie nowego. Bo Ameryka jest krajem, który ot tak wymyśla się rzeczy wcześniej w ogóle nieistniejące. W Stanach Zjednoczonych możesz sobie wymyślić dokładnie wszystko i jeśli jesteś wystarczająco zmotywowany i zdeterminowany – zostanie to wdrożone w życie. Godne szacunku.

Dla Mai Ameryka to bezpieczne schronienie, azyl, miejsce, w którym może być sobą. Amerykanką, która jest dumna ze swoich korzeni. Bo USA to także miejsce, w którym może kultywować bośniackie tradycje – począwszy od kuchni po sposób spędzania świąt. W Stanach jest na to zgoda, społeczne przyzwolenie. Maja Kazazic wielokrotnie to podkreślała i ja także tego doświadczyłam. Znów się potwierdza, że Amerykanie potrafią dostrzegać w ludziach bohaterów i pomagają im zostać bohaterami na szerszą skalę.

Maia 2

Przez to, że tak chętnie słuchają historii ludzi, którzy – jak Maja – zostają mówcami motywacyjnymi?

Chodzi mi o to, że historia Mai w wielu miejscach na świecie by po prostu przepadła. A oni potrafili zrobić z niej powód do dumy, nagłośnić marketingowo. Chwalić się nią. Stała się dla nich obywatelką Stanów Zjednoczonych, która dobrze świadczy o ich kraju i jest wzorem dla innych. W Ameryce nie ma też fałszywej skromności czy też trzymania się bohaterów, którzy są „z brązu odlani”. Oni potrafią uczynić bohaterem nawet delfina bez płetwy! Winter, bo to o niej mowa, to przyjaciółka Mai, która straciła płetwę i porusza się dzięki specjalnej protezie. Mieszka teraz w oceanarium na Florydzie w Clearwater, a obie „panie” przyjaźnią się – mają przecież ze sobą naprawdę wiele wspólnego.

Historia tego niezwykłego zwierzęcia była scenariuszem dwóch hollywoodzkich superkasowych filmów. Szacun! Tylko Amerykanie tak potrafią.

Na drugim biegunie mamy jednak historię, która sprawia, że Amerykanów kocha się już mniej – czyli opowieść o chorobliwie otyłej Donnie z Ohio.

Nie wiem, czy jest brzydsze miejsce w Stanach niż Ohio… Przeraziło mnie tam absolutnie wszystko. Ta zapyziałość, przestrzeń miejska całkowicie pozbawiona chodzących po niej ludzi wszechobecna gigantomania. To miejsce kojarzy mi się z wielkimi centrami handlowymi, gdzie toczy się życie i wielkimi amerykańskimi samochodami, którymi ludzie przemieszczają się po ulicach.

Donna 1

I w ogóle z nich nie wysiadają.

Mają „drive-thru” restauracje, apteki, „drive thru” banki, wszystko jest „drive thru. A wszystko po to, żeby nie wysiadać z aut, jak najmniej się poruszać i niezbyt często kontaktować się z innymi ludźmi. Do tego mnóstwo plastikowego, taniego, wysokoprzetworzonego jedzenia. W tym otoczeniu zetknęłam się ze zjawiskiem, które dla mnie jest wypaczeniem natury. Chodzi mi o feedersów, czyli mężczyzn, którzy celowo tuczą swoje kobiety do monstrualnych rozmiarów. I odnajdują w tym przyjemność. W większości społeczności kobiety godzące się na takie zachowanie nie miałyby zewnętrznego przyzwolenia na robienie sobie ewidentnej krzywdy.

Tymczasem feedersi sprawiają, że kobieta chce być jeszcze grubsza. W tym tuczeniu tak naprawdę chodzi o kontrolę mężczyzny nad kobietą i to w wydaniu ekstremalnym, bo stają się od nich całkowicie zależne, niezdolne do samodzielnego poruszania się. Ale liczy się też biznes. Te bardzo, bardzo otyłe kobiety, ważące ponad 250 kilogramów, schlebiające gustom bardzo wąskiej grupy osób, nagle się stają gwiazdami, bohaterkami. I znajdują swoje naśladowniczki. To oznacza też, że mają coraz więcej lajków, że zarabiają coraz więcej pieniędzy.

Kim są mężczyźni, którzy chcą, by kobiety takie jak Donna ciągle tyły?

Kiedy weszłam do klubu nocnego dla „puszystych” w Nowym Jorku przy Fifth Avenue, zobaczyłam facetów z Wall Street w fenomenalnych garniturach, z drogimi spinkami. Megaprzystojni, pachnący, zadbani goście. Z oczywistych powodów nie mogliśmy ich pokazać w materiale –małżonki nie wiedziały, że ich mężowie tam bywają. Ci panowie hołubią te niezwykle otyłe kobiety do granic szaleństwa, ale jednocześnie niemal każdy z nich deklaruje, że w domu czeka na niego piękna, smukła i zadbana żona, której nie zamieniłby na nikogo innego. Otyłe kobiety z klubu to dla nich odskocznia w kategoriach kuriozum i zaspokojenia potrzeb seksualnych w sposób niestandardowy. Zwykle to skutek nadmiaru: „Mam już wszystko, doświadczyłem tak wiele to co jeszcze mogę wymyślić?”

Donna 2

Jak oceniałaś Donnę? Z jednej strony – widziałaś, że robi z siebie kalekę. Z drugiej – zawsze mówisz o sobie jako o orędowniczce kobiecej wolności. Chcesz, by kobiety decydowały same o sobie. Robiły to, na co mają ochotę.

To był dla mnie niezwykle trudny temat, szczególnie, że nie mam w zwyczaju nikogo oceniać. Moimi programami chcę po prostu skłonić innych do refleksji. I masz rację – jestem zwolenniczką wolności. Jednak czasem zastanawiam się, gdzie leży granica wolności i kiedy pojawia się przestrzeń do ingerowania w czyjeś życie. Bo czy jeśli ktoś ma wysublimowany pomysł na to, jak się okaleczyć, zdeformować, zmienić swoje ciało, to czy mam prawo to zmienić? W Donnie widziałam kobietę, która jest uzależniona: od jedzenia, od odpuszczania sobie i od budowania swojego sensu życia na pochlebstwach ogarniętych manią kontroli mężczyzn. Kiedyś, na początku była w niej jeszcze frustracja i niezgoda na to, że ma skłonność do tycia, że wygląda inaczej niż rówieśniczki. Ale potem Donna trafiła na kogoś, kto uczynił z niej fetysz.

A jej samej dał wymówkę.

Ten pierwszy mężczyzna, bo nie był jedyny, który zaczął ją tuczyć dał jej idealne usprawiedliwienie, żeby mogła sobie kompletnie odpuścić. Przyznaję, że podczas realizacji tego odcinka programu „Kobieta na krańcu świata” miałam ochotę nią potrząsnąć i wykrzyczeć: „Zobacz, przecież tak naprawdę oni cię wykorzystują do zaspokajania swoich potrzeb i zarabiania pieniędzy! Umrzesz, jeśli pozwolisz się tak traktować!” Dodatkowo, to, co Donna robiła swoim dzieciom było dla mnie bardziej niż niepokojące. Głosiła rzeczy, które są z gruntu nieprawdziwe i szkodliwe. Mówiła, że Michelle Obama, wtedy żona urzędującego prezydenta USA może spadać ze swoim zdrowym jedzeniem i ogródkami działkowymi. Że będzie karmić swoje dziecko czym chce, czyli fastfoodami, żeby w przyszłości jej córka była dumną z siebie grubą kobietą. A tymczasem córka miała predyspozycje do bycia bardzo szczupłą dziewczyną. I wiem, że w tych okolicznościach ona ten potencjał po prostu zmarnuje. Pewnie nawet już to zrobiła.

Donna 3

W domu Donny było bardzo brudno. Także dlatego, że nie mogła dostać się w wiele miejsc, była niezdolna do samodzielnego poruszania się po schodach. Bywały momenty, że nie mogła samodzielnie oddychać – spała w masce tlenowej. To był bardzo przykry widok. Dwójka całkowicie zagubionych dzieci bez silnego wzorca, na którym mogłyby się oprzeć. I Donna, która ze swojej odmienności uczyniła religię.

Przeraża cię taka Ameryka?

Historia Donny pokazuje, do czego prowadzi sytuacja, gdy mamy wszystkiego za dużo: za dużo wyboru, za dużo możliwości. W takich okolicznościach nadkonsumpcjonizmu – jak w Stanach Zjednoczonych – zaczynają pojawiać się i dewiacje, i zajmowanie się rzeczami, które trudno uznać za społecznie przydatne.

Czy brzydota Ameryki może fascynować? Pojechałabyś do jakiegoś miasta w Ameryce tylko po to, by zobaczyć, jak tam brzydko?

Brzydota może fascynować. Ohio mi się nie podobało, ale fascynowało mnie jako temat reportażu. Byłam w Stanach Zjednoczonych wiele razy i trafiłam do miejsc pięknych. Przejechałam kawałek Ameryki, zaczynając od San Francisco, przez Utah i Arizonę, a kończąc w Las Vegas. Trzytygodniowa podróż, kompletnie bez planu, przez te przepiękne stany, przez parki narodowe. Długa jazda samochodem, przystanki na stacjach benzynowych i w przydrożnych barach, żeby coś zjeść, wypić i przespać się w motelu. Bardzo dobry czas. I to była właściwie jedyna moja prywatna wizyta, wszystkie inne były służbowe. Detroit – bo największe targi motoryzacyjne swego czasu. Waszyngton – wiele razy, bo centrala National Geographic Society. No i Nowy Jork, bo miałam tam kilka razy obowiązki służbowe, ale akurat w Nowym Jorku zupełnie nie potrafię odnaleźć.

A Alaska?

Właśnie! Prywatnie byłam jeszcze na Alasce! Pojechałam do parku narodowego Denali, żeby wspiąć się na Mount McKinley (dziś szczyt nosi nazwę Denali). Te przestrzenie, ta przejrzystość, kiedy powietrze jest „crispy”… Nawet nie umiem tego dobrze wyjaśnić. To była uczta dla oczu, jedno z moich najlepszych doświadczeń w życiu i w kontakcie z naturą. Ale znów – niezwykłe było to, że wchodzisz do parku narodowego, a tam masz wszystko opisane i usystematyzowane. Łącznie z tym, że każdy targa ze sobą wiaderko na odchody. I dobrze, że tak jest – nie pozwalają sobie zaśmiecać przestrzeni.

Pamiętam jak z jak z bardzo poważną miną przystojny pan ranger robił mi wykład i pokaz praktyczny jak należy korzystać z kubełka. I uprzedził, że po wyjściu z parku za tydzień czy dwa będą sprawdzać zawartość. Potem musiałam podpisać dokument, że przeszłam szkolenie i rozumiem czego się ode mnie oczekuje.

Martyna Denali 3

I cały czas tak się wspinałaś z tym kubełkiem u boku?

W zasadzie tak. Ciągniesz cały swój dobytek na saniach, potem musisz przymocować wiaderko do plecaka i na koniec wyprawy zaprezentować zawartość kubełka przystojnemu rangerowi, co było dość krępujące. Robią nawet „naloty” w poszczególnych obozach i sprawdzają, czy wiaderka są prawidłowo używane.

Denali 1

Oni na wszystko mają jakiś system. Ja jestem raczej wychowana w kulturze: „Kierowniku, jak to się nie da?! Jakoś to załatwimy!”, a tu nagle stykasz się z Amerykanami, którzy są więcej niż zasadniczy. Nie ma dyskusji i pola na kombinowanie. Zasady są najważniejsze.

Denali 2

Jest takie miejsce w Ameryce, w którym jeszcze nie byłaś, a chciałabyś odwiedzić?

Chętnie zostałabym dłużej na Alasce. To taki surowy obszar, na którym wielu outsiderów, introwertyków znalazło swoje miejsce na Ziemi. I to jest też dobre miejsce dla mnie. Lubię surowe klimaty, naturalne przestrzenie, prostotę funkcjonowania i wyzwania, które stawia przed nami otoczenie. Marzę też o tym, żeby zobaczyć Nowy Jork oczami wybitnego fotografa Tomasza Tomaszewskiego. Czyli fotograficzny Nowy Jork: galerie, wystawy. No i, o zgrozo, obiecałam córce Los Angeles ze zwiedzaniem Hollywood, alei gwiazd no i wszystkich okolicznych parków rozrywki. Nie wiem jak to przeżyję! 🙂

 

PS. Jeśli chcecie poznać niezwykłe postaci z innych, niż Ameryka, krańców świata, oglądajcie koniecznie dziesiąty (jubileuszowy) sezon programu „Kobieta na krańcu świata”! Najbliższy odcinek – w tę niedzielę o 11.00!

 

Powiązane posty

Dodaj komentarz