Bez autobusu i bez tramwaju

…czyli o tym, gdzie w Ameryce warto wynająć samochód, a przede wszystkim: co zrobić, gdy auta nie ma, a by się przydało.

W poprzednim poście opisywałam Wam komunikacyjne raje w Ameryce, czyli miasta, w których transport publiczny funkcjonuje tak świetnie, że wynajmowanie samochodu jest wyłącznie stratą czasu i pieniędzy. Jednak w kraju, w którym auta (najlepiej wielkie, najlepiej pickupy, najlepiej palące tyle benzyny, co średniej wielkości łódź podwodna) są prawdziwą religią, nie da się uniknąć miejsc, w których cztery kółka okazują się zbawieniem. Albo przynajmniej – warto je rozważyć jako opcję. Dziś więc – o dylemacie „auto czy autobus” w trudniejszych transportowo miastach Ameryki. Oraz o tym – jak sobie poradzić, gdy samochodu nie wynajęliśmy, a w okolicy autobusów i tramwajów brak. Przetestowałam wiele razy, więc wiem.

Autobus w Denver (fot. 50 Shades of States)
Autobus w Denver (fot. 50 Shades of States)

GDZIE W AMERYCE NAJBARDZIEJ PRZYDA NAM SIĘ SAMOCHÓD?

W temacie komunikacji miejskiej zasada jest dość prosta – im głębiej w Amerykę, tym samochód staje się coraz bardziej potrzebny. Na wschodnim i zachodnim wybrzeżu można się bez niego obejść. Cała zabawa zaczyna się w środku kontynentu i na jego południu.

Oczywiście – z małymi wyjątkami. Los Angeles, choć leży na zachodnim wybrzeżu, autobusowym rajem wcale nie jest. Więcej o tym – poniżej. W Nowym Orleanie natomiast – choć to jedna ze stolic Amerykańskiego Południa – zwiedzimy komfortowo całe miasto praktycznie nie wysiadając z tramwaju.

W Nowym Orleanie - gdzie nie dojedziecie tramwajem, bez problemu dotrzecie rowerem! (fot. 50 Shades of States)
W Nowym Orleanie – gdzie nie dojedziecie tramwajem, bez problemu dotrzecie rowerem!

W bardzo wielu stanach Ameryki (szczególnie tych „środkowych”), przemieszczając się z miasta do miasta nie ma jednak co liczyć na (bardzo popularny choćby na wschodnim wybrzeżu) wygodny, nowoczesny transport autobusami z klimatyzacją i wifi na pokładzie. Do dyspozycji zostają (choć również – tylko czasem) amerykańskie „pekaesy”, czyli tzw. Greyhoundy. Względnie Amtrak – pociąg – jeśli do okolicy dociera sieć kolejowa. No i auto.

DLACZEGO CZASEM WARTO WYNAJĄĆ AUTO?

Z bardzo prostego powodu – bo jazda samochodem przez Stany to przygoda sama w sobie. Podróż przez bezdroża, wiatr we włosach, klimaty rodem z filmu „Thelma i Louise”

Główny walor wynajęcia auta w Ameryce - możliwość podróżowania przez bezdroża (fot. 50 Shades of States)
Główny walor wynajęcia auta w Ameryce – możliwość podróżowania przez bezdroża

Można beztrosko pobłądzić, zjechać z wyznaczonej trasy, odwiedzić miejsca, do których bez samochodu być może nigdy byśmy nie dotarli: Augusta w Montanie, Mobile w Missisipi, Virginia City w Nevadzie, Huntsville w Alabamie, Natchitochez w Luizjanie i tak dalej, i tak dalej.

Augusta w Montanie - tu dotrzecie wyłącznie samochodem (fot. 50 Shades of States)
Augusta w Montanie – tu dotrzecie wyłącznie samochodem

W miejscach takich ja te, lokalsi na widok autobusu najprawdopodobniej powychodziliby z domów i zaczęli robić zdjęcia. Bo nawet jeśli transport publiczny w niektórych z nich istnieje, auta są tak popularnym i wygodnym środkiem lokomocji, że Amerykanom trudno się nadziwić, że ktokolwiek z nich korzysta.

Są również w Stanach miejsca, w których auto jest dobrym rozwiązaniem nie ze względu na wygodę, a na bezpieczeństwo. Na przykład takie Detroit. Z jednej strony – komunikacja miejska tam funkcjonuje. Z drugiej – to jedno z najbardziej niebezpiecznych miast Ameryki. Sama, kilka lat temu zwiedziłam Detroit bez auta i bardzo mi go brakowało. Nie znam też nikogo, kto powiedziałby że czuł się w tym mieście (przynajmniej poza obrębem ścisłego centrum) całkiem pewnie. Jeśli więc chcecie powiedzieć, że naprawdę poznaliście wszystkie oblicza Ameryki, koniecznie odwiedźcie Detroit. I koniecznie – samochodem.

KIEDY WYNAJEM AUTA NIEKONIECZNIE MUSI BYĆ NAJLEPSZYM ROZWIĄZANIEM?

W co najmniej trzech przypadkach:

  • Gdy podróżujecie w pojedynkę. Nie chcecie wtedy psuć sobie wakacji rozmyślaniem, czy gdzieś pośrodku niczego nie złapiemy akurat kapcia w oponie. I gdy zdajecie sobie sprawę, że raczej trudno (i niebezpiecznie!) jest jednocześnie kierować autem i pstrykać fotki z trasy;
  • Gdy nigdzie Wam się nie spieszy, a chcecie trochę zaoszczędzić. W końcu dobowy bilet autobusowy w mniejszych amerykańskich miasteczkach to koszt rzędu 4 dolarów. Wynajęcie auta kosztuje co najmniej 10 razy więcej;
  • Gdy lubicie spacery i poznawanie nowych ludzi, których nie będziecie mieli okazji poznać siedząc w samochodzie.

JAK PODRÓŻUJE SIĘ KOMUNIKACJĄ MIEJSKĄ POZA NAJWIĘKSZYMI METROPOLIAMI AMERYKI?

Egzotycznie. Historia osobista z Colorado Springs. Objechałam miasto wzdłuż i wszerz, odwiedziłam wszystkie możliwe zabytki poruszając się wyłącznie lokalnymi autobusami… i chyba niczym tak bardzo nie zadziwiłam gospodyni wynajmującej mi pokój. Wysłuchała moich transportowych opowieści z miną, jakby właśnie przemówił do niej meteoryt tunguski, po czym ciężko westchnęła i stwierdziła: „Gdybyś tylko wiedziała, ile osób zrezygnowało z przyjazdu do mnie tylko dlatego, że napisałam im, że transport publiczny tu nie funkcjonuje”.

Otóż funkcjonuje – choć rzeczywiście w stopniu dalekim od doskonałości. Bywa, że autobus pojawia się na przystanku tylko raz na godzinę. Za to – zawsze punktualnie. I zawsze jego rozkład jest dostępny za pośrednictwem lokalnej strony transportu miejskiego lub dzięki Google Maps. Jeśli jednak – tak jak ja – jesteście turystami, nigdzie się nie spieszącymi i nastawionymi na czerpanie skąd się da nowych doświadczeń, poznawanie lokalnych obyczajów i mieszkańców okolicy – to rozwiązanie wydaje się idealne. Gdybyście tylko wiedzieli ile nowych znajomości nawiązałam (i ile miłych upominków dostałam) właśnie czekając na autobus na takich przystankach autobusowych!

Przystanek autobusowy w Colorado Springs. W opcji luksusowej - z ławeczką! (fot. 50 Shades of States)
Przystanek autobusowy w Colorado Springs. W opcji luksusowej – z ławeczką!

Te ostatnie, swoją drogą – również trzeba zaliczyć do kategorii „kuriozum”. W miastach na południu czy w środku kontynentów normalką jest, że autobusowy przystanek to nic innego jak tylko prosty słup ustawiony pośrodku wydeptanego (przez pasażerów) trawnika. Ustawiona przy nim ławeczka to luksus, który choć się zdarza, to lepiej go nie oczekiwać.

Też w Colorado Springs - przystanek autobusowy w wariancie "standard" - czyli po prostu słup wbity w wydeptany trawnik (fot. 50 Shades of States)
Też w Colorado Springs – przystanek autobusowy w wariancie „standard” – czyli po prostu słup wbity w wydeptany trawnik

Historia, jaką właśnie opisałam charakterystyczna jest, rzecz jasna nie tylko dla Colorado Springs czy Denver w Kolorado. Podobnie sytuacja wygląda choćby w Birgmingham w Alabamie, Baton Rouge w Luizjanie oraz dziesiątkach innych amerykańskich miast.

Przystanek autobusowy w Birmingham w Alabamie (fot. 50 Shades of States)
Przystanek autobusowy w Birmingham w Alabamie

CZY PO AMERYKAŃSKICH METROPOLIACH LEPIEJ JEŹDZIĆ SAMOCHODEM CZY KOMUNIKACJĄ MIEJSKĄ?

To zależy. Moim zdaniem – komunikacją miejską, choć nie będę się upierać. Ciekawy jest tu przykład Los Angeles, gdzie widok lokalnych autostrad może przyprawić o zawał serca. Kilka lat temu planowałam wynajęcie w tym mieście samochodu, mieszkańcy Kalifornii skutecznie mnie jednak do tego zniechęcili. Tłumacząc, że nawet oni boją się czasem po tych autostradach jeździć.

Bo rzeczywiście – w LA mają one czasem (jak np. Route I-405) nawet 12 pasów! Trzeba więc naprawdę być koneserem drogowych atrakcji, by zachować zimną krew. Wyobraźcie sobie choćby sytuację, gdy nagle nawigacja każe nam zjechać ze skrajnie prawego na skrajnie lewy pas. Do tego – w ogromnym korku. Brzmi ciekawie, prawda? Sama to przeżyłam, jadąc przez Los Angeles (na szczęście jako pasażerka) z mieszkającą tam koleżanką. Gdy przy próbie zmiany pasa zapytałam: „A nie możesz się po prostu spróbować wepchać?” (tak, wiem – bardzo polskie podejście), odpowiedziała: „Kiedyś spróbowałam. Gość w aucie obok otworzył wtedy okno i wycelował do mnie z pistoletu”.

Ta sytuacja to oczywiście ekstremum, jednak warto mieć ją na uwadze. Tym bardziej, że jeszcze więcej pasów znajdziecie na autostradach w Atlancie czy Baltimore!

Wracając do LA – zwiedzając to miasto postawiłam w końcu na transport miejski i nie było źle. Po mieście kursuje aż 6 linii metra (z bardzo ciekawie zaaranżowanymi stacjami!), dzięki którym bez problemu dostaniecie się między innymi do centrum miasta, Hollywood czy Universal Studios. Jest szybko, miło i bezpiecznie.

Jedna ze stacji metra w Los Angeles (fot. 50 Shades of States)
Jedna ze stacji metra w Los Angeles (fot. 50 Shades of States)

Lokalsi odradzają tylko jazdę niebieską linią na Long Beach – by tam dotrzeć, trzeba minąć lokalne slumsy, a to podobno niezbyt bezpieczne.

CO ROBIĆ, GDY SAMOCHÓD BY NAM SIĘ PRZYDAŁ, A GO NIE WYNAJĘLIŚMY?

Po pierwsze – zamówić Ubera. Sieć tych aut jest w Stanach niezwykle popularna, a jego kierowcy przyzwyczajeni są do tego, że przywożą cię do jakiejś atrakcji turystycznej, a potem czekają, by odwieźć cię z powrotem do domu. W Stanach bardzo popularna jest też najtańsza uberowa opcja, dzięki której za przejazd płacisz mniej, ale kierowca na trasie zabiera jeszcze dodatkowych pasażerów;

Po drugie – pospacerować. Niektórzy Amerykanie, widząc mnie idącą na piechotę do przystanku oddalonego o 3 lub 5 kilometrów pukają się w czoło. Dla mnie to jednak możliwość poznania okolicy. Oraz po prostu – ruchu i świeżego powietrza, którego tak bardzo brakuje, gdy pół życia spędza się w pracy za biurkiem. Pieszo obeszłam i Manitou Springs w Colorado, i Lafayette w Luizjanie, i Montgomery w Alabamie – i mam z tych spacerów wyłącznie świetne wspomnienia. Jedyna wada tego typu wędrówek jest taka, że Google Maps czasami kłamie :). Bywa więc i tak, że po długim spacerze docieramy prawie do celu, nawigacja pokazuje, że została nam do pokonania tylko jedna mała uliczka… a tu nagle okazuje się, że ta „uliczka” to autostrada o szerokości Rowu Mariańskiego. Wtedy jednak zawsze możecie posiłkować się opcją numer jeden, czyli zamówić Ubera :). Poza tym – takie nieoczekiwane przygody, z perspektywy czasu pamięta się najlepiej :).

Powiązane posty

One thought on “Bez autobusu i bez tramwaju

Dodaj komentarz