Być jak Michelle Obama

Nawet jeśli nie planowaliście nigdy kariery jako pierwsze damy, przeczytajcie wspomnienia Michelle Obamy. Oto moje wrażenia z lektury „Becoming”.

Czegokolwiek nie napisałabym o książce Michelle Obamy, będę nieobiektywna. Michelle uwielbiam i podziwiam od lat. W każdej dziedzinie. Podoba mi się jej styl, mimo że modowi eksperci krytykowali go nie raz i nie dwa. Sama mam całą kolekcję sukienek a’la Obama i noszę je z dumą. Podoba mi się to, jakim jest wsparciem i inspiracją dla kobiet – za moją zakładkę do książek służy mi pocztówka z jej cytatem: „There is no limit to what we as women can accomplish”. Podoba mi się jej poczucie humoru i dystans do siebie. Podoba mi się wreszcie to, jak aktywnie i twórczo spożytkowała swój czas w Białym Domu.

Kiedy zaraz po amerykańskiej premierze „Becoming” pobiegłam do księgarni po swój egzemplarz, od razu zorientowałam się, że moja sympatia dla Michelle nie jest w Stanach niczym niezwykłym. Pani przy kasie, widząc, co kupuję, mrugnęła do mnie porozumiewawczo i szepnęła: „Też już mam!”. W hotelu w Miami pani sprzątająca każdego dnia zabierała moją książkę z szafki nocnej, by ułożyć ją czule na poduszce – jakby chciała w ten sposób zaznaczyć, że też Michelle uwielbia i że wspomnienia byłej Pierwszej Damy zawsze powinny zajmować szczególne miejsce.

Może właśnie z powodu wielkiej sympatii dla Michelle Obamy, trochę obawiałam się, co będzie, jeśli jej książka okaże się szmirą? Nie okazała się. Michelle jest w niej dokładnie taka, jaką znamy z telewizji – niezwykle błyskotliwa, bezpośrednia, barwna, ironiczna, fascynująca.

Nie zawsze chętnie sięgam po celebryckie autobiografie. Zbyt często wiąże się to z koniecznością przebrnięcia przez nudnawe i nic nie wnoszące historyjki z dzieciństwa. Zbyt często zasypywani jesteśmy anegdotami, których jedyny cel jest taki, by jakoś zapełnić kartki książki. W „Becoming” jest inaczej i to mnie ujęło od samego początku. W zasadzie każda opisana tu historia zostawia głębszą myśl albo wpisuje się w szerszy kontekst: w to, co ukształtowało Michelle Robinson z południa Chicago na tyle mocno, by po latach stała się wpływową i inspirującą Michelle Obamą.

Lubię na przykład historię o tym, gdy jako dziecko po raz pierwszy musiała zagrać przed publicznością na pianinie. Stanęła na scenie znając doskonale każdą nutę, a mimo to sparaliżował ją strach. Po raz pierwszy zobaczyła przed sobą instrument nowiuśki, a nie podniszczony, jaki znała ze swoich codziennych lekcji. W domu, poszczerbione klawisze pomagały jej identyfikować dźwięki. Na scenie – klawisze były nieskazitelnie idealne, a ona przez to nie miała pojęcia, jak zacząć. Niby historia jakich wiele, a jednak to uczucie dziecięcej bezradności wielokrotnie wracało do Michelle w jej dalszym życiu i nadało całej anegdocie znaczenie.

Przed lekturą spodziewałam się, że najbardziej zainteresują mnie w „Becoming” fragmenty poświęcone związkowi (a potem – małżeństwu) Michelle z Barackiem Obamą. To, jak ich relacja się zaczęła, jak rozwijała, jakie przeszkody musieli razem pokonywać i jak wyglądały kulisy ich życia w Białym Domu. A jednak nie. Część poświęconych Barackowi fragmentów uważam wręcz za nieco „plastikowe” albo przynajmniej zbyt patetyczne. Jak ten, gdy pewnego dnia Michelle (jeszcze jako dziewczyna – nie żona – przyszłego prezydenta) obudziła się w środku nocy, by zobaczyć, że jej ukochany z zafrasowaną miną spogląda w sufit. Gdy zapytała, co go martwi, ten odpowiedział: „Myślę o nierówności płac na świecie”.  Nie twierdzę, że ta sytuacja nie miała miejsca – szczególnie, że w „Becoming” Barack Obama opisywany jest jako czystej maści ideowiec. Po prostu średnio takie opowieści do mnie trafiają i odstawiam je na półkę jako zbyt „hollywoodzkie”. Ale być może niesłusznie i być może to zwykłe czepialstwo.

Co jednak o wiele bardziej do mnie przemawia, to osobista historia Michelle w drodze na szczyt. To dopiero jest opowieść, która powinna być opowiadana na wszelkich możliwych konferencjach o motywacji i zarządzaniu wyborami życiowymi.

W końcu Michelle Obama (wcześniej Robinson) rozpoczynała spełnianie swojego amerykańskiego snu z naprawdę trudnego miejsca. Czarnoskóra dziewczyna z południowego (owianego złą sławą) Chicago. Jej mama – zajmująca się domem, schorowany ojciec –pracownik wodociągów. Bardzo niezamożna rodzina mieszkająca kątem u dalekiej ciotki. Ale przy tym – rodzina kochająca się jak mało kto. Rodzice robiący wszystko, by swoim dzieciom zapewnić dobry start w dorosłość.

W tym kontekście, historia Michelle jest więc sztandarową opowieścią o self-made woman, która – jeśli porównać jej losy do losów większości afroamerykańskich rówieśników dorastających w podobnym środowisku – dokonała niemal cudu: skończyła dwie uczelnie należące do Ligi Bluszczowej (Princeton i Harvard), by od razu potem dostać pracę w jednej z najlepszych firm prawniczych Ameryki.

Z dzisiejszej perspektywy może się wydawać, że to nic takiego. Pamiętajmy jednak, że wszystko rozgrywało się w latach 80. XX wieku. W tym czasie liczba mężczyzn na Princeton dwukrotnie przewyższała liczbę kobiet, a zaledwie 9 procent tamtejszych studentów stanowili Afroamerykanie. A i ci, uczyli się w (delikatnie mówiąc) nieszczególnie przyjaznej atmosferze. Michelle wspomina, że na pierwszym roku Princeton dzieliła pokój w akademiku z białą dziewczyną. Tylko przez moment, bo matka dziewczyny od razu zadzwoniła do dziekana, by oświadczyć mu, że nie życzy sobie, by jej córka mieszkała z Afroamerykanką.

I właśnie to ambitne parcie przed siebie – mimo braku pieniędzy i sprzyjających warunków – budzi we mnie najwyższy podziw i szacunek. Tym bardziej, że nie było to brnięcie na ślepo, kombinowanie „sposobikiem” albo załatwianie czegoś kosztem innych. Michelle wiedziała, kim chce być i po prostu robiła wszystko co było w jej mocy, by to osiągnąć.

I być może właśnie dlatego jednym z najbardziej poruszających momentów w książce jest dla mnie ten, w którym Michelle rozmawia o swojej karierze z matką. Będąc już pod dużym wpływem idealistycznego spojrzenia na życie Baracka, nagle zdaje sobie sprawę, że zarabiając kokosy w kancelarii prawniczej, nie czuje się ani szczęśliwa, ani spełniona. Że chciałaby robić w życiu co innego. Swoimi rozterkami dzieli się z matką – kobietą, która od zawsze wspierała ją jak nikt inny na świecie. W hollywoodzkiej produkcji najpewniej więc matka doradziłaby jej, by rzuciła wszystko i ruszyła tam, gdzie ją serce niesie. W prawdziwym życiu jest to jednak matka, która sama poświęciła własną karierę i wszystkie rodzinne oszczędności, by jej córka osiągnęła sukces. Mówi więc Michelle: „Na twoim miejscu najpierw zarobiłabym pieniądze, a potem rozważałabym, czy jestem szczęśliwa”.

Nie chciałabym Wam spoilerować całej książki, nie napiszę więc, co Michelle z tą radą zrobiła. Natomiast z pewnością zachęcam Was gorąco do przeczytania „Becoming” (w Polsce podobno ukaże się w lutym 2019 roku). Z tych wspomnień wyczytacie bardzo wiele prawdziwego życia. Doskonale też poznacie realia, w jakich społeczność afroamerykańska musiała funkcjonować w drugiej połowie XX wieku. Jestem przekonana, że się zainspirujecie – nawet jeśli nie macie w planach zostać w przyszłości pierwszą damą :).

Becoming

 

Powiązane posty

Dodaj komentarz